Slow sex, uważny seks, zmysłowość — te słowa pojawiają się ostatnio wszędzie, ale rzadko ktoś tłumaczy, co właściwie oznaczają w praktyce. Sama przez długi czas myślałam, że to kolejna moda z internetu, dopóki nie spróbowałam naprawdę zwolnić — nie w teorii, tylko w łóżku, z drugą osobą, bez pośpiechu i bez celu do osiągnięcia.
Uważny seks to nie technika — to sposób bycia w ciele
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o „slow sex”, wyobrażałam sobie zestaw ćwiczeń albo pozycji — coś, czego można się nauczyć z listy kroków. Im dłużej się tym zajmuję, tym bardziej widzę, że to błędne skojarzenie. Uważność w intymności nie jest techniką, którą się wykonuje, tylko jakością uwagi, którą się wnosi do tego, co i tak już się dzieje.
Można kochać się bardzo szybko i być przy tym w pełni obecnym. Można też robić to bardzo wolno i myśleć w tym czasie o liście zakupów. Tempo to tylko jedna zmienna — prawdziwa różnica leży gdzie indziej: czy jestem tu, w tym dotyku, w tym oddechu, czy moja uwaga uciekła gdzieś do przodu, do wyniku, do tego, „jak to wygląda” albo „czy robię to dobrze”.
Moja perspektywa — droga od wydajności do obecności
Przez wiele lat traktowałam seks trochę jak zadanie do wykonania — z niepisanym scenariuszem, kolejnością kroków i milczącym oczekiwaniem, że wszystko powinno zakończyć się w określony sposób. Nikt mnie tego wprost nie nauczył, ale skądś ta presja się wzięła — z filmów, z rozmów ze znajomymi, z ogólnego przekonania, że intymność ma swój „prawidłowy przebieg”.
Zmiana zaczęła się od bardzo prostego eksperymentu: umówiłam się z partnerem, że przez pół godziny nie robimy nic, co „prowadzi do czegoś”. Tylko dotyk, oddech, patrzenie na siebie. Bez celu. Pamiętam, jak bardzo niewygodne było na początku samo bycie bez wyniku do osiągnięcia — ile razy mój umysł próbował przyspieszyć, „przejść do rzeczy”, zakończyć to, co wydawało mi się niekończącym się czekaniem. To właśnie w tym niewygodnym czekaniu było najwięcej do nauczenia się o sobie.
Z czasem ta sama praktyka zaczęła przenosić się na resztę życia — na jedzenie, na spacery, na rozmowy. Okazało się, że umiejętność bycia obecną w ciele podczas seksu to w gruncie rzeczy ta sama umiejętność, która pozwala być obecną wszędzie indziej. Jedno ćwiczy drugie.
Skąd bierze się ten pośpiech
Z moich rozmów z innymi osobami wynika, że nie jestem w tym odosobniona. Wiele par przyznaje, że seks stał się dla nich kolejnym punktem na liście rzeczy do zrobienia — wciśniętym między pracę, zmęczenie i telefon odłożony „na chwilę”. Pośpiech w łóżku rzadko bierze się z samego łóżka — zwykle jest przedłużeniem tempa, w jakim żyjemy na co dzień.
Jest też inny powód, o którym rzadziej się mówi: zwolnienie oznacza, że nie da się już niczego ukryć. Gdy wszystko dzieje się szybko, łatwiej przemknąć obok niewygodnych emocji, obok ciała, które nie do końca chce tego, co się dzieje, obok myśli, które wolelibyśmy zignorować. Spowolnienie zmusza do kontaktu z tym, co jest naprawdę — i to bywa trudniejsze niż sama fizyczna bliskość.
Czym jest zmysłowość poza seksem
Zmysłowość to dla mnie znacznie szersze pojęcie niż samo pożądanie seksualne. To zdolność do pełnego odczuwania przez wszystkie zmysły — smak jedzenia, temperaturę wody, fakturę tkaniny, zapach drugiej osoby. Im więcej uwagi poświęcam tym „zwykłym” doznaniom w ciągu dnia, tym łatwiej przychodzi mi obecność w intymności — bo to ten sam mięsień, tylko ćwiczony w innym kontekście.
Osoby, które opisują siebie jako mało zmysłowe, często w rzeczywistości są bardzo zestresowane albo przewlekle rozproszone — nie chodzi o to, że brakuje im zdolności do odczuwania, tylko że uwaga cały czas ucieka gdzie indziej. Dobra wiadomość jest taka, że tej obecności można się uczyć — tak jak każdej innej umiejętności, powoli i z praktyką.
Kilka praktyk, które sama stosuję
Oddech przed dotykiem
Kilka spokojnych oddechów, zanim zacznie się cokolwiek innego — pozwala ciału i umysłowi znaleźć się w tym samym miejscu, zamiast działać na autopilocie.
Dotyk bez celu
Świadoma umowa, że dotyk nie musi „do niczego prowadzić” — zdejmuje presję wyniku i pozwala naprawdę poczuć to, co się dzieje w danej chwili.
Głośne nazywanie doznań
Mówienie na bieżąco, co czuję i co sprawia mi przyjemność, zamiast zakładać, że partner sam się domyśli. To buduje mapę, z której korzystamy oboje.
Przerwy bez pośpiechu
Zatrzymanie się w środku, żeby po prostu popatrzeć na siebie albo się przytulić — bez lęku, że to „zepsuje nastrój”. Zwykle jest odwrotnie.
Zgoda obejmuje też tempo
To, o czym rzadko się mówi przy okazji zgody w intymności, to fakt, że zgoda dotyczy nie tylko tego, co się dzieje, ale też w jakim tempie. Można zgadzać się na coś i jednocześnie czuć, że dzieje się to zbyt szybko, żeby naprawdę to poczuć i przeżyć. Rozmowa o tempie — „zwolnijmy”, „zostańmy tu chwilę dłużej” — jest tak samo ważną częścią komunikacji w łóżku, jak rozmowa o granicach czy preferencjach.
Z mojego doświadczenia to właśnie umiejętność mówienia o tempie, a nie tylko o „tak” i „nie”, najbardziej zmienia jakość bliskości między partnerami.
Zmysłowość i reszta — wspólny mianownik
Pisząc o Tantrze, wracałam do tego samego wątku obecności i świadomego oddechu, który jest też sercem uważnego seksu — te dwa teksty naturalnie się uzupełniają. Ale ta sama zasada obecności i nazywania tego, co czujemy, dotyczy każdej formy bliskości, o której pisze się na tej stronie — BDSM, fetyszy czy niemonogamii. Umiejętność zwolnienia i szczerego nazwania własnych granic i tempa to fundament, o którym piszę też osobno w tekście o granicach i komunikacji w związku.